Prawdopodobnie nie miałam więcej, niż 15 lat, gdy naprawdę mnie zachwycił. I nie mówię tu o wielkiej miłości, moim ówczesnym chłopaku, który, jak sądziłam, już na zawsze w jakimś stopniu będzie mnie czynił osamotnioną i jedynym, który może mnie z tego wyswobodzić. Nie miałam więcej, niż 15 lat, gdy po raz pierwszy przeczytałam i obejrzałam Wir kinder vom Bahnhof Zoo. Mogę czytać i oglądać wielokrotnie, bez znużenia czy zmiany sposobu spostrzegania. Jakby czas się w tym wypadku zatrzymał, bo jakkolwiek głupio i naiwnie to zabrzmi- zawsze w pewien sposób z tymi wydarzeniami uosabiałam. Jakby był to świat mojego wnętrza, mrok, który często odczuwam. I nie wiem, jak sobie z nim radzić. Nigdy nie wiedziałam.
I tak oglądając, wpadłam na koncert Davida Bowiego. Wiedziałam z ogółu kim był, ale nigdy nie przesłuchałam więcej, niż kilka utworów. Jakże mnie zaintrygowało jego usposobienie, ruchy sceniczne, ubiór, muzyka, a co najważniejsze- wyraz twarzy i wzrok. Więc słuchałam więcej i więcej, coraz zachłanniej. Czytałam o jego życiu, które wtedy już toczył po cichu, nie na scenie. Inspirował mnie, był jednym z filarów, na których się opierałam, choć nie wiem czy ktoś tak naprawdę o tym wiedział.
Więc w jego 69-te urodziny życzę mojemu geniuszowi wszystkiego najlepszego, słucham wydanej tego dnia płyty godzinami, zapętlając i doprowadzając zapewne mojego współlokatora do szału... by dwa dni później, w ten cholerny poniedziałek, dowiedzieć się o 8 rano, że zmarł. Że pożegnał się z nami najpiękniej jak umiał, w sposób jakim żył- z klasą, legendarnie. Jak król.
Zapominałam o nim, odkładałam na półkę, gdzie kurzył się jako człowiek inspiracja i muzyk. Ale uczucie, które poczułam tego poranka, rozbiło mnie na kawałki, choć i tak poobijana trzymałam się już tylko na taśmę. Tego poniedziałkowego poranka zniknęło co nieco. I chciałabym, żeby to było coś, co ciągnie mnie w dół od lat, ale tego... tego jeszcze nie wiem. 

Something happened on the day he died.