Wylewam na siebie kubeł zimnej wody. Szokuje mnie to, jak bardzo zaginęłam w biegu po nic, po niespełnienie, po mijanie się z celem. Jak z wielu rzeczy rezygnuję, by nadrobić, naprawić, załatać. Jak krzywdzące jest to dla mnie. Zdaje się, że po raz pierwszy rozumiem, dlaczego tak bardzo czasem szkodzę sobie, by chwilowo odreagować. By nie odczuwać, że jestem skrzywdzona. By nie myśleć. Nie w akcie ucieczki od odpowiedzialności, a właśnie od wnętrza.
I teraz wywlekam siebie na zewnątrz, rozcinam skórę wzdłuż twarzy, szyi, mostka, wywracam na drugą stronę, daję sobie odetchnąć, stanąć i pomyśleć: dla kogo? po co? czemu w ten sposób? Ta prawda zdaje się tak oczywista i jasna, że aż przezroczysta. Powoduje to we mnie obawę, że już rano zapomnę, jak duży krok poczyniłam naprzód tą spontaniczną myślą. 
Tak wiele ludzi opowiada o walce po nic, że sama nie zauważyłam swojej toczonej z wielką siłą bez celu. Nie rozpoznałam, że jestem osobą, którą opisują. 
Cholera, trzeba korzystać z życia, tak sądzę i myślę. Ale dopiero, gdy pokonam pewne przeszkody, gdy naprawię, wyjdę na prostą. Na razie trzeba zacisnąć zęby, przemęczyć się, rezygnować z większości rzeczy, odbierać sobie przyjemności i możliwość regularnego kontaktu z przyjaciółmi. Płakać cicho, w ukryciu i uroniając- oczywiście- tylko jedną, niewidoczną łzę. A GÓWNO!
Tracę tak wiele, kawałki mnie pospiesznie posklejane urywają się pod wpływem wiatru i pędu przed siebie bez refleksji. Nie jest to wszystko tego warte. Przecież ja jestem warta więcej, prawda? Pytam, bo nie jestem pewna.