Dłonie spoczywają na klawiaturze. Mijają minuty kłębiących się myśli. Czasem nieruchome ręce poruszają się w rytm pisania, lecz to tylko wewnętrzny chaos. Wieki mnie tu nie było. Nie były to wieki bez upustu myśli, ubierania ich w słowa. Zwyczajnie nie dotarły aż tutaj. Pisałam w bibliotece w przerwach od nauki, w moim drugim domu podczas wolnej chwili w pracy, w kelnerskich notesach, wystukiwałam wątpliwej jakości treści w telefonowych notatkach. Aż wreszcie, w papierowej i o wiele bardziej intymnej wersji tego, co tu po sobie zostawiam- notesie. Nie nazwałabym tego pamiętnikiem, dziennikiem tym bardziej. Nie będę się tu rozwodzić nad ich definicjami. Sądzę, że są one dość dobrze znane i dla większości proste do rozróżnienia. Forma, wszystko warunkuje forma. Każdy ruch człowieka jest od niej uzależniony. A więc i interakcja drugiej osoby. Ta gra, którą tworzymy. Którą kolejno wypaczamy. Niszcząc to co dobrego mogłoby powstać. Zaczynamy od rzeczy pięknych, szczerze prawdziwych. Aż swoim człowieczeństwem, bo mimo iż jest to kwestia o wiele bardziej złożona, to jedyne co mamy, niszczymy je. Stopniowo, niezauważalnie, mimowolnie, zazwyczaj też nieodwracalnie. Gramy. Dla siebie, by poczuć się lepszymi. Dla innych, by stworzyć wrażenie lepszych. Kadrujemy życie jak zdjęcia. Dla publiki pokazujemy najlepszy fragment obrazu. Siebie samych staramy się tym zadowolić- fikcją i ułudą, usilnie zapominając o szarej, nieciekawej reszcie. Życie jest teatrem.