Jest taki utwór, którego słucham, gdy rozpada się świat. Gdy ziemia usuwa mi się spod nóg, chodź stojący obok ludzie nie czują nawet drżenia, nie dostrzegają ruchu. Piosenka, której słucham, gdy rozpadam się ja.
Więc słucham jej teraz. Gdy światło, które miałam w sobie znika. A nigdy nie miałam go za wiele. Nie wiem jak to się dzieje. Czy ktoś je kradnie, pożycza na chwilę czy może to ja odpowiednio go nie pielęgnowałam? Czuję, że wcale go już w sobie nie mam. Tego światła, które motywuje mnie, by wstać rano. Tego, które wypycha z domu. I tego, dzięki któremu cokolwiek posiada kolory i dostarcza radości. 
Opadam na dno- mój druhu- czarne jak sadza. I jedyne o czym marzę, to aby na samym dole znajdował się Styks i rzeka zapomnienia. Zapomnienia kim jestem i jak niewiele znaczy moje denne życie. I żebym nie mogła stamtąd wrócić. Bo to oznaczałoby życie. Oznaczałoby dalszą walkę ze sobą, która nie przynosi satysfakcji. Walkę, której inni nie muszą nawet toczyć, bo to oznacza być człowiekiem. Walkę z własnymi wiatrakami, szarymi jak ja. Nie mam siły już walczyć o rzeczy podstawowe, tak błahe, że zostałabym wyśmiana za brak tych umiejętności. O funkcjonowanie w tym świecie każdego dnia. Świecie dla mnie wciąż przychylnym. Ale to ja nie potrafię tego zrobić. Nie potrafię tego wygrać nawet 7 dni pod rząd. Jestem pustym szkieletem, który nieustannie sam siebie zawodzi. Nikt nie krzywdzi mnie tak jak ja sama.
Potem krzywdzę jeszcze bliskich mi ludzi. Wszystkich, których mam, a przy moim charakterze dziwię się, że wytrwał ktokolwiek. Postępuje irracjonalnie, lekkomyślnie żałując swoich czynów i jak to ktoś powiedział: terroryzuję ludzi. Krzyczę, obrażam, wymagam rzeczy, których sama nie wykonuję. Zazdroszczę, bo wiem, że ja spierdoliłam i mimo jasnej instrukcji nie naprawię. 
Miałam kiedyś myśl, by nigdy więcej nie wypowiedzieć słowa. I nie wiem dlaczego zrezygnowałam z tego pomysłu. Może chociaż w ten sposób zrezygnowałabym wtedy z rzucania gnojem w przyjaciół. 
Pytasz czy chciałbym umrzeć, druhu? Bardzo proszę.