Ulatuje myśl, melodia, liście z drzew.. Zaczyna się jesień. Witam chłody i wiatr, który porusza moim szalikiem delikatnie, z uśmiechem na ustach. To dopiero początek września, może przyjdą jeszcze cieplejsze dni, ale melancholia już unosi się nad ziemią niczym niewidoczna mgła. Czuję, że to będzie dobra jesień, piękna, pełna przeżyć, choć pracowita. Chcę o nią walczyć, chcę by była lepsza, niż ta spędzona na obrzeżach miasta z kimś ważnym. Lub chociaż równie dobra. Czas biegnie szybko, kwiecień wydaje się tak odległy, a walczyłam wtedy o swój los, poniekąd. Nie wspominam tego dobrze, mimo wspaniałych chwil. Był to okres niepewny, strach zżerał mnie od środka. Było to uczucie, kiedy wiesz, że nie możesz w żaden sposób zapobiec temu, czego się obawiasz. Kiedy wiesz co się stanie i jedynie szarpiesz się ostatkiem sił. Niczym ciało, z którego ulatują ostatnie pęcherzyki powietrza. Opada w czeluście, powoli i wpółświadome. Jednak zawsze pozostaje nadzieja na ratunek, szybki zwrot akcji. Nie nadszedł. Pozostał tylko cień, który widuję i którego wciąż uparcie szukam w tłumie i w sobie, bo wiem jak wiele tracę. Nie jest powietrzem, wynurzyłam zachłystując się, dopłynęłam do brzegu i chcę stawić czoła wymaganiom i przyszłości. Przeraża mnie ona, ale jesień w pięknych barwach uspokaja mnie- będzie moim wiernym kompanem. Gdy będę uczyć się całymi dniami, aż ból głowy nie opuści mnie choć na chwilę. Gdy pozwolę sobie usiąść na chwilę, by przeczytać kilka stron książki i wypić kawę patrząc za okno, jak wiatr porusza niemal nagimi konarami, wywiewa liście, patrząc jak będą unosić się w dzikim tańcu. Gdy wyjdę na spacer, by zapalić i się przewietrzyć. I w końcu- gdy nie pozwoli mi usnąć nocą, bym mogła walczyć o swoją przyszłość. Brakuje mi Go, lecz nie znienawidziłam jesieni.