Siedzę przed komputerem o 4 nad ranem pijąc najgorsze wino świata, gdy reszta towarzyszy szalonej nocy usnęła z błogim uśmiechem na twarzy. Jestem śpiąca, lecz nie śpię. Nie piję z żalu czy smutku, wykorzystuję daną na tę noc normę nie czując, by moja trzeźwość uległa zmianie. Za oknem jest jasno i uroczo śpiewają ptaki. W sercu czuć ukłucie żalu przez niewielkie znaki na niebie, lecz nie załamuję się wcale. "To co było miało być". Może największa fala ma dopiero przyjść, gdy nadejdzie moment, by żyć w pełni. A może coś, do czego nie chciałam się przekonać naprawdę mi pomogło. I słuchając jego piosenki stwierdzam, że czas na spacer, choć smutno z pewnością nie będzie. Bez, czapeczka urodzinowa jak na pełnię praw obywatelskich przystało i wypalające organy wino- najlepsze połączenie. I nawet jeżeli ludzie, którzy tu się znajdują nie są mi już tak bliscy lub jeszcze nie byli, zapełniają pustkę w sercu. Za co jestem wdzięczna wszystkim i wszystkiemu co temu sprzyja.

Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, z głębi serca.

Bon Iver.