Życie męczy za bardzo, biorąc pod uwagę eksploatującą pracę z klientami i kontakty z ludźmi, co ogranicza mocno moją widoczną introwertyczną stronę. A jednocześnie lato działa w sposób magiczny. Pojawia się żal za życiem, które przecież toczysz. Bo wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Poczucie tęsknoty za niespełnionymi porankami i niedokończonymi nocami. To mylące uczucie, że ktoś przeżywa obecną chwilę lepiej niż ja. A przecież dokonuję wyborów. I to, że robię to właśnie, co robię, zależy tylko od mojego "tak". Zamiast piwa mogę przecież jechać na wrocławską plażę, patrzeć na rzekę czy zaszyć się w lesie. Mogę być w sobie, kontemplować naturę, oddychać głęboko; czy też zamówić- i sama sobie jako barman polać- kolejne piwo, śmiać się i być wspólnotą z ludźmi połączonymi widzialną, choć nieuchwytną nicią gastronomii.
Niezależnie od tego, jest 4 nad ranem, snu jak zwykle nie będzie wystarczająco, sprawy są w stanie sproszkowanych dań instant, a ja lecę z falą... I czekam na falochron, który zatrzyma mnie przede mną. Przed samą sobą.