Pragnę oddechu. Chcę zaczerpnąć świeżego, czystego powietrza, nie widzieć nic przez otaczające mnie mleczne chmury. Marzę o wyjeździe w góry, o zdobywaniu coraz wyższych szczytów, mimo zmęczenia i złego wyglądu, obtartych kostek i niebezpieczeństwa. Chcę z uśmiechem patrzeć na to co zostawiam za sobą, spostrzegać coraz większą odległość od cywilizacji i zgiełku. Moje serce wyrywa się, pięści zaciskają coraz mocniej powodując ból. Echem poniosłoby się moje pytanie pełne naiwności: co się stało? Od skał odbiłyby się dźwięki moich słów, żali i nadziei, tych utraconych i tych jeszcze zachowanych ostatkami sił. Odległość od domu nie wpływa na dystans między ludźmi, toż to momentami bez różnicy. Chwile płyną, kartki są zapisywane, słowa wypowiadane, kroki stawiane coraz dalej, coraz śmielej, bez pozwolenia i zastanowienia. A kontakty słabną, zanikają jak fale. Rośnie mur, aż w końcu choćby krótka rozmowa sprawia problem, jest bez znaczenia, zdaje się tylko majakiem. Natura byłaby ratunkiem, możliwością regeneracji i poprawy, zmiany na lepsze. Bez udawania wyższości, stawiania statusu w społeczeństwie ponad realizację i pasje mogłabym po prostu cieszyć oczy i docenić. I wierzę, że nadejdzie dzień, kiedy walkę dookoła mnie wygrają prawdziwe wartości, a ja podejmę prawidłowe decyzje. 


Przestać bronić się znieczulicą, to moje wyzwanie. I podejmuję je.


Lipali.