Czasem zastanawiam się, jak długo mogą trwać takie stany świadomości, które natychmiast oddziałują na ciało. Jak je usypiają, a także ruchy, mrugnięcia powiek. Pozornie uspokajają myśli i choć na krótką chwilę utwierdzają w przekonaniu, że cała ta fala różnorakich uczuć opadła i wśród emocji nastąpił odpływ, zapewniający ciszę i spokój. Jakże długo czas wydaje się płynąć szybko, a godziny spędzone w jednej pozycji ze wzrokiem utkwionym w konkretny punkt nie nudzą i sprawiają dyskomfortu. Oczy nie odczuwają zmęczenia, choć mruganie jest bardzo rzadkim, miarowym działaniem. Aż w końcu fala uderza z podwójną siłą, jak tsunami. Zalewa trzewia, wzbrania oddech, burzy mur zbudowany z surowości, upartości i lichej satysfakcji z krzywdzenia drugiego człowieka. W tej chwili wszystkie emocje pojawiają się równocześnie powodując atak paniki i osamotnienia. W tej chwili umierasz w sobie. Jest to uczucie tak prawdziwe, że aż dziwisz się, że nie umierasz naprawdę. Jakby na opak trzęsą się ręce a szloch wyrywa się z piersi, z bólem uświadamiając ci, że żyjesz. I chciałbyś szczęśliwie, ale nie wiesz jak.