"Nie płacz głupia, nie płacz. Powtarzałam sobie te słowa w drodze powrotnej po pożegnaniu na wiele miesięcy. Szłam z tą wymiętą, poszarzałą twarzą, niechlujną kitką, zaciśniętymi pięściami i gardłem. Po wejściu do mieszkania wcale nie było lepiej, wśród nieposłanego łóżka wciąż unosił się jego zapach, rzeczy leżały rozrzucone w pośpiechu, a na stole wciąż stały dwa kubki po naszych kawach, jednej gorzkiej, a drugiej posłodzonej półtorej łyżeczki. Kąpiel nie pomogła, choć usilnie starałam się zalać tę pustkę, która rosła we mnie. A im bardziej rosła, tym -paradoksalnie- większy czułam ciężar; jakby ktoś ulokował mi wielki kawałek żelaza w klatce piersiowej."

I tak kończy się niedokończona opowieść tego smutnego poranka, gdy znikała mi sprzed oczu ukochana osoba, której nie sposób było złapać za rękę. W innych wymiarach chyba nigdy nie złapałam.  /P.