Miotam się po pokoju cały dzień. Piję melisę i biorę tabletki uspokajające, lecz bezskutecznie. Czuję gniew rozlewający się po całym moim organizmie, skumulowany w klatce piersiowej. Zaciskam pięści, bo lepsze to, niż połamać sobie zęby. Oddycham głęboko, miarowo. Jedynie bardziej się tym irytuję. Książka nie zatrzymuje mnie dłużej, niż na kilka minut. Nogi rwą się do biegu, lecz nawet nie wychodzę z domu. Mam ochotę zapalić, więc robię to. Nic z tego, połowa papierosa dogasa za oknem. Muzyka irytuje- zbyt wolna, zbyt szybka, zbyt wesoła lub zbyt smutna. Herbata nie smakuje, choć pragnienie jest ogromne. Jedzenie jest mdłe, choć apetyt nie maleje. Pojawia się chęć, by pisać, wyrzucić z siebie myśli, oczyścić się, stworzyć historię smutku i rozpaczy. Jedyne co powstaje to słowa narzekania. Ja- wiecznie nieszczęśliwa, bez motywacji, by zmienić to co uwiera, jak ziarenko piachu w oku, jak kamyk w bucie. Co przeszkadza i zasłania widok jak pasmo włosów zawianych na twarz rzez wiatr. Co robić, gdy wszystko co sprawia przyjemność odpycha? Doskonale znam odpowiedź- zająć się tym, co powinno pochłaniać mnie całkowicie. Nie spełnia się marzeń poprzez lenistwo i zastój. Nie poddaje się słabościom i nie patrzy w sufit. Wyciera się łzy końcem rękawa i rusza do boju. O szczęście, spełnienie, przyszłość. Ale jak walczyć, gdy nie ma marzeń? Gdy życie jest jedną wielką niewiadomą oraz pasmem nieszczęść? Rwę włosy z głowy. Nie jest to przenośnia, naprawdę to robię. Ruszam rękami, nogami, chodzę po pokoju. Nerwica. 

Nie radzę sobie z własnym ciałem, chyba oszalałam. Chcę iść i nigdy nie wracać. Do nikogo nie wracać. A najlepiej do świata. Dobrze, że po śmierci nic nie ma.