W tym wytworze pojawia się spoiler- ostrzegam, jeżeli nie oglądał ktoś "The Truman show" (1998) lub "Imagine" (2012). Oba filmy gorąco polecam!


Wyobraź sobie, że czeka Cię nowy początek. Stoisz przed pustym tłem, które otacza Cię ze wszystkich stron. Trochę tak, jak w świecie Trumana- patrzył w namalowane niebo, na którym nie poruszały się przecież chmury. Niebo było martwe. Gdy próbował uciekać przed fałszem, z którego zdał sobie sprawę po latach, dotarł do końca tego świata. W rzeczywistości miejsce na widnokręgu, gdzie sklepienie zbiega się z wodami lub lądem nigdy nie nadchodzi. A właściwie pojawia się nieskończoną ilość razy. Przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, choćby o milimetr. Ba! Milimetr jest tutaj odległością ogromną. Między jednym, a drugim wciąż istnieje nieskończenie wiele takich punktów, gdzie te dwa światy się spotykają, przecinają jak dwie proste. To jak na prostej właśnie- tworzy ją nieskończenie wiele punktów. To tak jak stąd do wieczności. Muśnięcie pojęcia wieczności zapewne rozbudziłoby entuzjastów fizyki lub szalonych literatów. Jedni i drudzy z pewnością posiadają własne teorie na jej temat. Na szczęście tych pierwszych wcale się tu nie spodziewam, a i pojawienie się tych drugich byłoby niemałym zaskoczeniem. Truman dotarł do końca, mimo ogromnego strachu przed wodą. Wysiadł z łódki, a woda sięgała mu jedynie do pasa. Wyszedł i bez wahania, choć odwróciwszy się na dłuższą chwilę (dając nadzieję na zmianę zdania) opuścił ten świat, który był tylko jego światem. W którym tylko on nie grał roli nadanej przez reżysera. Nie chciał tak żyć, kierowany przez poczynania innych. Wyszedł z bańki, która nie była bańką mydlaną, a jego więzieniem.


A Ty dalej stoisz przed ogromny tłem. Nie potrzebujesz nawet pędzla, by je zapełnić. Nie potrzebujesz niczego, oprócz siły swojego umysłu (jakież to patetyczne..). Pewien facet z twarzą pełną blizn i szklanymi oczami staje obok Ciebie- wyraźnie zaznaczając swoją obecność głośnymi obcasami w skórzanych butach, zdecydowanie zbyt ciepłych na tę porę roku- gdy Ty ze zmieszaniem spoglądasz na tę nicość dookoła. Patrzysz na niego ze zdziwieniem, a on odwraca głowę w Twoją stronę. Nie odwzajemnia spojrzenia- jest ślepy. Uśmiecha się, wyczuwając Twoje skrępowanie i mówi pięknym, dźwięcznym głosem: wyobraź sobie. Pytasz co takiego masz sobie wyobrazić, jak to stworzyć z niczego? Masz stworzyć swój świat, mój wciąż tu jest. Odpowiada Ci tak beztrosko, jakby ślepota nie dostarczała mu żadnych problemów i smutków. Masz tyle możliwości, tyle opcji, tak wiele możesz zmienić, tak odmiennie żyć! Ogarnia Cię chaos, nie wiesz, które marzenia i senne mary urzeczywistniać, a które pozostawić w tej materii, gdyż dałyby tylko chwilową radość, satysfakcję i spełnienie. Nie zawsze to co nas zachwyca jest dla nas dobre i do nas pasuje. Ciężko jedynie zmienić swoje słabości na coś lepszego, zamiast naśladować innych i zachłannie od nich czerpać. Nie pożądaj, twórz własne. Tak, jakby Twoje oczy nigdy niczego nie ujrzały. Wyobraź sobie. Powiedział, a w miarę, jak zbliżał się do końca tego krótkiego zdania, jego głos cichł. Aż rozpłynął się wśród wiatru, którego przecież wcale tu nie było. Tak jak teraz nie było już tutaj faceta w skórzanych butach. A Twoje ogromne, puste tło? Chyba wiatr je rozbił na małe kawałeczki bezdźwięcznie, jakby było z puchu. Ale przecież puchu rozbić nie można, bądźmy poważni.
 

 Nie żyjemy w więziennej bańce, jak Truman. Nie zabrano nam wzroku, jak tajemniczemu mężczyźnie o szklanych oczach. Ale każdego dnia, słowem i czynem możemy zmieniać rzeczywistość, w której żyjemy. Najlepiej zacząć od siebie samych. Od małych kroków, które pomogą nam uświadomić sobie, że wcale nie boimy się wody. Albo chociaż, że ta temperująca nas od tak dawna, nie jest oceanem i sięga ledwo do pasa. Choć chyba należy zacząć od dużego, najważniejszego kroku: należy uświadomić sobie, że choć ludziom w większości widok ogromnego jachtu przysłaniają budynki i przyzwyczajenie- nie znaczy to, że w porcie go nie ma. Zawsze będzie, tylko  

wyobraź sobie.