Chce się chwycić za telefon, wpisać dziewięć cyfr w odpowiedniej kolejności, której nigdy nie zapomnę i zadzwonić. Słyszeć sygnał i gorączkowo myśleć co powiedzieć, gdy po drugiej stronie ktoś wypowie słowo "Słucham?". "Po prostu dzwonię, to takie miłe uczucie.". Nie wiedzieć czy przyznać się do odczuwanego braku, czy nie wyjdzie to zbyt ckliwie i rozpaczliwie. Czy może zacząć zwyczajną rozmowę o niczym, pływając po powierzchni, daleko od snów i myśli. "Uśmiecham się. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze, szczerą i głęboką. U mnie też.". I już zapewne z łzą radości i tęsknoty zakończyć połączenie. 
Lecz sygnał mógłby trwać w nieskończoność, aż do włączenia poczty głosowej. Czy dzwoniłabym ponownie, wręcz napastując? By choć dowiedzieć się czy to przypadek lub specjalne i z premedytacją. Połączenie mogłoby zostać odrzucone. Z wyboru, nie z konieczności czy panującej sytuacji. Tak po prostu, by nigdy więcej nie słyszeć mojego głosu. W końcu ktoś musi wywiązywać się z zawartej umowy, a nigdy nie byłam w tym dobra. Może tu nie chodzi już nawet o miłość? Może gdzieś pomiędzy niczym, przyjaźnią, a szczęśliwym związkiem jest jeszcze inna możliwość, by nie tracić. By nie pisać listów, których nie wyślę, wiadomości, które powstają ulotne w mojej głowie. I zwyczajnie dzwonić wiedząc, że po drugiej stronie ktoś czeka równie radosny, mimo różnic, uczuć do innych i ważnych spraw. By otwarcie cieszyć się z tego, że lubimy coś wspólnie, nie jedynie widzieć to osobno. To jakby położyć troskliwie na jego ręce swoją, choć widnieje tylko w mojej wyobraźni. 
Pewnie dalej tkwię czekając na cud, aż ktoś dosłownie zapuka do moich drzwi. Może puka? Przecież nigdy nie otwieram. Wiem, że nie w jego nieobecności problem. Wiem, że potrzebuję czasu, choć mogę powiedzieć "Jest ze mną dobrze, gdy nie staję sobie na drodze". To w mojej nieobecności problem, bo i bez nieobecnego elementu mogę szczęśliwie żyć.


Ale nie dzwonię, a i mój telefon milczy. Wcale nie oczekuję, że przestanie.


Myslovitz.