Ostatnie dwa dni były takie banalne. Poza moimi krokami w mieszkaniu nie można było usłyszeć nikogo. A i tych naliczyć można było niewiele. Nawet piosenki wybieram przypadkowe, te których słucham w danym momencie. Widocznie niedawny rozsądek opuścił mnie tak szybko jak i się pojawił. Widocznie nie potrafiłam zapanować nad łzami i zamienić pustki w coś produktywnego. A teraz mogę mieć jedynie nadzieję, że drugi nie będzie ostatecznym wyrokiem i będę miała jeszcze szansę udowodnić sobie samej, że to jest właśnie to, o czym przecież marzę, spokojnie i głośno, nienachalnie. Tylko ubolewam mocno: dlaczego za każdym razem udowadniam sobie coś po fakcie? Radzenie sobie, żeby robić to wcześniej jeszcze nigdy nie pomogło i wątpię, żeby pomogło kiedykolwiek. A teraz pójdę spać, opuszczę ostatnią godzinę lekcji i krzyknę: "Bawmy się, 13 dni laby czas zacząć!". Szkoda jedynie, że nie będą labą, a ja zacznę kręcić się nerwowo jak kołowrotek, coraz głośniej słysząc tykanie cholernego zegara, którego nie można odnaleźć i zwyczajnie wyrzucić lub chociaż wyłączyć.