Postanowienia wprowadzam w życie. Ociężale i niekonsekwentnie, czasem zapominając i potykając się o nie. Muszę stawiać sobie bariery, by cokolwiek pokonać, to przemyślane i po głębszym zastanowieniu logiczne. Każdego dnia uczę się na nowo, walczę lub poddaję się kolejny raz. Budzę się patrząc w sufit, wsłuchuję się w ciszę, zakłócaną czasem odgłosem kroków sąsiada schodzącego po schodach, szumem czajnika. Wstaję z zamiarem wypicia kawy, która wcale nie sprawia, że na usta występuje mi choć cień uśmiechu. Martwię się, pokonywanie problemów stanęło w martwym punkcie, niektórym mogę jedynie przyglądać się biernie. Jak czasowo rosną i maleją. Narasta gniew, więc sprzątam i na nowo zatapiam się w nicość. Usycham i zastanawiam się czy kiedykolwiek podołam? Składam pościel, jako ateistka nie przejmuję się i odkurzam w niedzielę, wpuszczam trochę światła, wietrzę i staram się zmobilizować. Ale stygnę jak moja kawa, a moje ręce są coraz zimniejsze. Moje serce zamarza i wiem, że w najmniej oczekiwanym momencie pokruszy się jak lód. Nie jestem tylko pewna czy pod wpływem moich łez, czy kogoś innego? Zamykam oczy i tańczę spokojnie na środku pokoju, nikt nie patrzy i nie przerywa, uspokajam się przy dźwiękach muzyki. Lecz to kolejny element warty tyle co miła chwila, która nie ciągnie mnie ku górze. 

Chet Faker.