Wychodzę, mówiąc kilka słów pożegnania odwrócona plecami. Łzy zamazują obraz, jedynie stukot obcasów utwierdza mnie w tym, że biegnę schodami w dół. Słyszę kilka słów wymienianych między sobą kilka pięter wyżej i szalony bieg za mną, Kroki dwóch osób po bruku, zatrzymuję się. Rzucam wściekłe spojrzenie, pytam, chcę odejść, zagradza mi drogę. Rozmawiamy w nerwach, odwracam wzrok, łzy płyną po moich policzkach, nie wierzę w ani jedno słowo, nie widzę perspektyw. Nerwowo zaciskam poły płaszcza, w świetle latarni każdy najdrobniejszy ruch zostaje zauważony. Kilkakrotnie napotykamy spojrzenia przechodniów i policjantów patrolujących teren. W końcu wyrzucam z siebie wszystko, słowa zlewają się w jedno przez atak histerii, nie mogę złapać tchu. Podchodzi blisko mnie i mocno przytula, On wierzy, chce, niemalże wie to. Bierze mnie za rękę, wsadza do samochodu i odwozi w ciszy do domu. Spędzamy chwilę rozmawiając w samochodzie, po czym odprowadza mnie pod same drzwi. Prosi, żebym uwierzyła w Nas i zaufała Mu. Wchodzę do mieszkania ze sztucznym uśmiechem na twarzy odwracając głowę, by czerwone od płaczu oczy nie zostały zauważone. Leżąc w łóżku z zamkniętymi oczami uświadamiam sobie, jak wiele musi mi wyjaśnić, bym zaufała. 


"Lecz zaklinam- niech żywi nie tracą nadziei".



Podsycam nadzieję, każdy uśmiech i dobry dzień jest krokiem naprzód.



Regina Spektor.