Ten moment, gdy z głośników do mych uszu dobiegają utwory muzyki klasycznej, delikatnymi dźwiękami zalewającymi moją duszę niszczy ją i uświadamia spokojnie, jak daleko jestem od najmniejszego pragnienia. Przecież po linii prostej to dość krótka droga, można by wykpić ten niewielki dystans. A jednak dalej, niż na kontynent leżący za oceanem. Dalej, niż siedem i dwadzieścia pięć. Stoję w oknie, wychylam się, wciągam ciepłe, wiosenne powietrze, które przywołuje wspomnienia. To wspomnienia wiatru, wspomnienia miesięcy, lat, a nawet wieków. Patrzę na migoczące światła. To na Warszawę, tak mówił. Mówił wiele rzeczy, nauczył piękna samotności. Nie mógł wymówić wiele, piękna się nie definiuje. Ciężko dojść do konsensusu nie mogąc szukać odpowiedzi, ani stawiać kropek. Są rzeczy, które się nie zmieniają: uspokajające patrzenie w niebo nocą i uwielbienie ciszy.


Głuchy szum wiatru nie chce, bym przestała wierzyć.


Snowman.