Nic do stracenia. Wiele do zyskania, choć tak ciężko sięgnąć, walczyć, iść. Ból ogarnia nawet to, czego nie ma prawa dotknąć, zabiera motywację, niszczy, pali organy, idealnie zachowane pozostają tylko pamięć, utraconych chwil, wydarzeń oraz umysł, pełen kolejnych natrętnych myśli. Patrzę na stary talerz, pełen okruchów chleba, porozrzucanie kartki z pracą z języka polskiego, czarne, wysokie buty, ukochane zegarki, pudełka i świeczki. I brak najważniejszego elementu, głosu, ciepła, których nikt mi nie wróci, których swoim zachowaniem, postępowaniem i charakterem wrócić nie potrafię. Dlatego słucham szumu czajnika, oczekuję na ciepłą herbatę, mając nadzieję na zalewającą mnie falę ciepła. Nieubłaganie umykają puste, niczym nie wypełnione sekundy, minuty, godziny, dni. Przelotne rozmowy, krótkie, skrzyżowane spojrzenia, nieśmiałe uśmiechy, setki, tysiące kroków donikąd, do szczęścia, do słońca. Zalewam sypaną herbatę wrzącą wodą. Tańczą na wodzie, jak baletnice podczas przedstawienia. W górę unosi się para wodna, wolna, nieskrępowana, skromna, mimo delikatności zauważalna. Oczyszcza mój umysł, daje możliwość kolejnego, nic nieznaczącego początku, których tak wiele było i będzie. Dając nadzieję, że któryś będzie ostatni, prawdziwy i spełniony, jednocześnie szepcząc sceptycznie, iż szanse na to są niewielkie. Ulotna para, ulotny dym, ulotne chwile, ulotne uczucia, ulotne myśli, ulotne natchnienie. Upodobałam rzeczy ulotne, dążę do ulotności.

Billy Talent.